Dopiski wkurwionego pedała

Na tym blogu napotkasz, Drogi Czytelniku, wkurwy pedała na zastaną rzeczywistość, która to tegoż pedała pomija tudzież go para-poprawnie-politycznie komentuje. I wyzywa go, i gwałci. I głaszcze go, i tuli. A zawsze gdy wyzywa, to wyzywa od najgorszych. A gdy głaszcze, to żeby zagłaskać na śmierć. I właśnie ten pedał, ja, chciałbym na tym blogu, z punktu widzenia gwałcono-tulonego, tę zastaną rzeczywistość serdecznie zarzygać. Słowami swoimi zarzygać ją na śmierć! Bo Polska jest lesbą, a ja jej synem pedałem!

Wpisy

  • wtorek, 29 grudnia 2015
    • Cały ten Zachód prosto na Wschód

      Geograficzne refleksje z Fynf und Cfancyś Michała Witkowskiego

       

      Dianka, czyli szesnastoletnia Lejdi Di, Dajana Spenser Prinses of Wejls, ucieka z Bratysławy najpierw do Wiednia, potem do Monachium, a na końcu do Zurychu. Im dalej na Zachód, tym lepiej. Jak najdalej od postkomunistycznej Europy Wschodniej wczesnych lat dziewięćdziesiątych. Puszcza się z zachodnimi tatusiami i dziadkami, a za zarobione pieniądze spełnia swój kapitalistyczny sen: puchary lodowe, batony z dworcowych maszyn, a przy lepszej koniunkturze nawet bombonierki z Mozartem, ale także markowe ciuchy i najnowsze modele walkmana. Zwykle jednak Diance nie kręci się biznes, bo Dianka to żena lenywa. No i ma małego. Przetrwać udaje się jej jedynie dzięki ślicznej buźce i niezłemu tyłkowi. I dzięki sporadycznej pomocy jednego Polaka, Michała.

       

       

      Michał jest przeciwieństwem Dianki. Z Polski na Zachód eksportuje nie tylko swoją nieposkromioną wschodnioeuropejskość, ale również długiego na dwadzieścia pięć centymetrów i twardego na zawołanie wacka. Stąd jego ksywa Fynfundcfancyś. Taki dar od losu w połączeniu ze skrupulatnie przemyślanym wizerunkiem i psychoanalitycznymi zdolnościami rozpracowywania klientów gwarantują naszemu współrodakowi sukces w seksualnym, a raczej emocjonalnym, dopieszczaniu niemieckojęzycznych ego.

       

      Di puszcza się tanio, Polak drogo. Di inwestuje w puchary lodowe, Polak w produkty upiększające. Di kończy na dworcu pod kartonem, Polak w daczy bogaczy. Słowacja przegrywa z Polską. Polska górą, Słowacja dołem. Przecież nawet na mapie, mimo że Polska i Słowacja leżą mniej więcej tak samo na Wschód, to jednak Słowacja leży niżej niż Polska, czyli bliżej cygańskiej Rumunii. A Czechy też leżą niżej niż Polska, ale za to na zachód od Słowacji. Pewnie dlatego Czesi puszczający się w Zurychu radzą sobie gorzej od Polaka, ale lepiej od Dianki. Choć czy lepiej to trudno powiedzieć, bo oni się zmuszają, żeby zarobić na swoje pozostawione w Czechach dziewczyny, a Dianka puszcza się nie tylko dla pieniędzy, ale również for the thrill of it.

       

      Geografia społeczno-narodowościowa to najciekawszy dla mnie element najnowszej powieści Witkowskiego. Zachód kontra Wschód. Kapitalizm kontra komunizm, choć raczej kontra postkomunizm, kontra kapitalizm raczkujący. I stereotypy narodowe: punktualni Szwajcarzy, śmierdzący Arabowie, złodziejscy Cyganie czy wiecznie młodzi Tajlandczycy z malutkimi siusiaczkami. Kto lepszy a kto gorszy pod względem myśli intelektualnej, porządku moralnego czy zamysłu genetycznego ze względu na urodzenie się pod tą a nie inną szerokością geograficzną. Jedni rodzą się w środku zimnej wojny między Wschodem i Zachodem, inni w środku wojny czekoladowej między Belgią i Szwajcarią.

       

      papierki po batonikach Milky Way, sreberka po czekoladowych scyzorykach, opakowania po szamponach do włosów siwych dla szacownych prawników, zużyte kondomy z łyżeczką prawniczej spermy na dnie, urzędnicze podpaski, butelki po płynie do zmywania… W dzikim amoku, rżąc jak koń, Śmieciarz spycha to wszystko, cały ten Zachód prosto na Wschód, na granicę z syfem, na granicę z błotem, na granicę z Cyganami! 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      l.szulc
      Czas publikacji:
      wtorek, 29 grudnia 2015 12:11
  • poniedziałek, 16 listopada 2015
    • Gej, uchodźca, dwa bratanki

       

      Co łączy gejów i uchodźców oprócz oczywistego (a jednak jak niewyobrażalnego dla wielu) faktu, że niektórzy geje są uchodźcami, a niektórzy uchodźcy są gejami? Chociażby sąsiedzka niechęć! Z badań TNS wynika, że polscy wyborcy (niezależnie od preferencji politycznych) najmniej chętnie sąsiadowaliby właśnie z uchodźcami (45 proc. ogółu ankietowanych) i homoseksualistami (41 proc.). Na trzecim miejscu uplasowali się tzw. „imigranci zarobkowi (27 proc.), ci których podobno lubimy i chcemy.

       


      Gejów i uchodźców łączy niechęć ze strony polskiego społeczeństwa. Łączyć powinna nas również wzajemna solidarność. Wydawać mogłoby się, że jest to oczywiste: czy grupa społeczna, która sama doświadcza głębokiej niechęci, niesprawiedliwych uproszczeń i nierównego traktowania nie powinna być szczególnie wrażliwa, gdy to samo przytrafia się innej grupie społecznej? Może i powinna być, ale często nie jest. Dlaczego? Bo właśnie wbrew wszystkim uproszczeniom członkowie jednej grupy społecznej nie są tacy sami. Geje bywają zarówno przegięci, jak i wyprostowani; niewierzący i wierzący; tolerancyjni i rasistowscy; a nawet, o czy nie tak dawno przekonała się Karolina Korwin Piotrowska, antypisowscy i propisowscy. Uchodźcy, tak samo jak Polacy w Londynie, też bywają  zarówno przegięci, jak i wyprostowani; niewierzący i wierzący; leniwi i pracowici; gay friendly i homofobiczni.


      Nie jest zatem oczywiste, że grupy które doświadczają podobnej niechęci ze strony społeczeństwa muszą się ze sobą solidaryzować. Ale fajnie by było gdybyśmy się ze sobą jednak solidaryzowali! To jednak wymaga wiedzy i pracy. To wymaga wysiłku. Wysilmy się!


      Na fali antyuchodźczego i antyislamskiego hejtu po atakach terrorystycznych w Paryżu, dotarł do mnie na Fejsbuczku taki oto rysunek:

       


      Przekaz tego rysunku jest prosty: nasz problem tkwi w poprawności politycznej: gdy „islamista dokonuje ataku terrorystycznego z imieniem Boga na ustach, poprawność polityczna nakazuje nam być ślepym na jego religię. Co więcej, nakazuje nam ona wręcz usprawiedliwiać, a przynajmniej tłumaczyć jego czyny.


      Ja nie dostrzegam takiego problemu. Poprawność polityczna nie blokuje moich rozważań nad motywacjami terrorystów, którzy fakt faktem często wykorzystują właśnie religię, ale też nacjonalizm (np. Breivik czy IRA), w sposób instrumentalny. Problem, który ja dostrzegam dotyczy stygmatyzacji całej grupy osób wyznających islam, która przekłada się na ogrom nienawiści, a często fizycznych ataków, dokonywanych na zupełnie niewinnych osobach, muzułmanach czy tych tylko wyglądających na muzułmanów” (w Polsce najczęściej identyfikowani poprzez określenia ciapaci” albo brudasy).


      Takie rysunki jak ten, mimo że nie obwiniają wprost wszystkich muzułmanów, sugerują, że coś jest głęboko nie tak z ich religią, a nie że ich religia wykorzystywana bywa w sposób instrumentalny, na przykład przez terrorystów z Paryża. Jeśli zaakceptujemy fakt, że islam jest czasami wykorzystany instrumentalnie, po to żeby zabijać niewinnych ludzi (tak samo jak w Srebrenicy w 1995 roku chrześcijaństwo zostało wykorzystane instrumentalnie, po to żeby dokonać ludobójstwa na ponad 8000 muzułmanów), to niezrozumiałym wydaje się ciągłe podkreślanie wyznania terrorystów. Tu nie chodzi o poprawność polityczną. To tak, jakby ciągle podkreślać, że ksiądz Wojciech G., pedofil z Dominikany, był gejem, bo ciągnęło go do chłopców, a nie do dziewczynek. Albo, że Breivik, terrorysta, który w 2011 roku zamordował niemal 70 osób, był Norwegiem, bo kierował się pobudkami nacjonalistyczno-patriotycznymi. Breivik był Norwegiem, nie bójmy się tego powiedzieć! 


      Od muzułmanów, gejów i Norwegów, wybaw nas Panie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      l.szulc
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 16 listopada 2015 18:52
  • sobota, 16 maja 2015
    • Geje chcą głosować na Dudę

       

      albo o tym, jak mało poważny temat sprawia poważne trudności w kampanii wyborczej


      Sprawy lesb, biseksów, transów czy pedałów były całkowicie nieobecne w kampanii przed 1. turą wyborów prezydenckich. Przebijać zaczęły się jednak do kampanii przed 2. turą. I to w zupełnie nieoczekiwany sposób. 


      Zazwyczaj jedna ze stron (lewica „społeczna”) strategicznie podejmuje sprawy lesbo-bisekso-transo-pedalskie, najczęściej temat związków partnerskich, aby postawić pod ścianą drugą stronę (prawicę „społeczną”). W takim scenariuszu, druga strona zwykle lekceważy narzucony temat i wytyka pierwszej stronie, że ta chwyta się tematu zastępczego. 


      Bo sprawy lesbo-bisekso-transo-pedalskie rzadko traktuje się poważnie. Poważne tematy to górnictwo, kredyty we Frankach, emigracja, a ostatnio również JOWy, czyli jednomandatowe okręgi wyborcze. Celem mojej ironii nie jest oczywiście bagatelizowanie tych „prawdziwie poważnych tematów”, tylko refleksja dotycząca hierarchii tematów „ważnych” i „mało ważnych” i tego, kto ma prawo tę hierarchię ustalać.


      Tym razem jednak sprawy potoczyły się inaczej. W 1. turze wyborów kandydaci lewicowi zdobyli tak niskie poparcie, że ich elektorat nie mógł stać się interesującą panną (albo panem!) na wydaniu, o których względy zabiegać chcieliby Komorowski i Duda. Tematy lewicowe zostały całkowicie wypchnięte poza spektrum spraw „ważnych”. Aż tu nagle pojawia się news, że niektóre pedały, a może nawet lesby, biseksy i transy, nie tylko nie zagłosują na Komorowskiego (np. Robert Biedroń), ale oddadzą swój głos na Dudę (np. Krystian Legierski)!


      Sprawa jest kontrowersyjna, bo Duda jest przeciwko związkom partnerskim i w ogóle jest z PiS, które straszy Genderem i pewnie nie miałoby nic przeciwko masowej emigracji Polaków, gdyby się okazało, że większość emigrantów to osoby LGBT. Motywy lesb, biseksów, transów czy pedałów popierających Dudę są różne, włączając chęć zmiany jako takiej i opinię, że gorzej być nie może, bo przecież „nie będą nas wieszać na centralnych placach miast”.


      Ale nie o motywach osób LGBT chcę pisać, tylko o ich wpływie na „wielką politykę”. Bo oto obie partie zostały postawione pod ścianą. PiS nigdy nie celował w głosy osób LGBT-friendly i nigdy nie starał się o wsparcie genderystów. Ale jak wsparcie samo puka to drzwi, to też nie ma co nim gardzić. W końcu walka wyborcza jest zacięta, a każdy głos jest na wagę złota. PO za to już od dawna uwodzi LGBTów obietnicą związków partnerskich, ale wszystko pozostaje na etapie czczych obietnic, żeby czasem nie urazić bardziej konserwatywnej części PO-wskiego elektoratu. Jednak na utratę głosów genderystów PO też sobie nie może pozwolić, zwłaszcza po zaskakująco niskim wyniku Komorowskiego.

       

      Efekt jest przekomiczny. Bo PiS musi być jednocześnie za i przeciw, tak jak Sasisn, który przekonuje, że orientacja wyborców nie ma znaczenia, a PO musi wykazać nie tylko, że PiS jest przeciw, ale również że PO jest bardziej za niż PiS, co, jak przepięknie ilustruje Mucha, nie jest łatwe po ośmioletnich rządach PO, podczas których nie zrobiono nic dla lesb, biseksów, transów czy pedałów.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      l.szulc
      Czas publikacji:
      sobota, 16 maja 2015 13:54
  • piątek, 16 stycznia 2015
    • Niemen w kolorze

       

      W najnowszym dokumencie o Czesławie Niemenie, „Sen o Warszawie”, jeden z jego znajomych mówi, że artysta „nie zgadzał się z tą szarzyzną, która wtedy panowała. Niemen był inny, a ta inność drażniła ludzi”. Najwyraźniej ta inność piosenkarza i kompozytora nadal drażni, a może po prostu nie pasuje Polakom do jego image-u jako „polskiego wykonawcy wszechczasów”. Wystarczy wygooglować sobie „Czesław Niemen” i przełączyć widok na grafikę. Rezultat jest przytłaczająco czarno-biały. Jakbyśmy nie potrafili pamiętać Niemena w kolorze. Masowe wyczarnobielanie Niemena.

       

       

      Wracając do filmu, moja recenzja „Snu o Warszawie” mogłaby się ograniczyć do jednego zdania: historia - niezwykła, Niemen - wspaniały, a film - kiczowaty! O największą pomstę do nieba woła montaż, który wykazuje głębokie zakorzenienie w stylistyce wczesnopopeerelowskiej, momentami przeplatanej inspiracjami z Hello Kitty. Ale jedno trzeba autorom filmu oddać: że pokazali Niemena w kolorze. W „Śnie o Warszawie” Niemen to nie tylko szaro-bury i posmutniały pan poeta z czarnym kapeluszem na głowie: filmowcy często pokazują go w kolorowych koszulach i z egzotycznymi dodatkami. Już na samym plakacie filmu (niestety czarno-białym!), Niemen ma na sobie wzorzastą koszulę w kwiaty. A do tego ta fryzura na elegantkę z lat wcześniejszych i subtelnie zalotny wzrok! Jestem pewien, że w dzisiejszych czasach kościół katolicki okrzyknąłby Niemena agentem ideologii gender!

       

       

      W kolorze wyglądałoby to mniej więcej tak:


       

      A na zakończenie wisieńka na torcie: plakat wykonany przez Danutę Luśtyk w 1976 roku:

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      l.szulc
      Czas publikacji:
      piątek, 16 stycznia 2015 13:22
  • wtorek, 23 września 2014
  • poniedziałek, 15 września 2014
    • Polityczki histeryczki

       

      Ewa Kopacz zostanie premierą polskiego rządu. Ale nie będzie z niej żadna premiera-siekiera. Tak przynajmniej twierdzi opozycja z prawej strony sejmowej sali, która w Kopacz widzi przede wszystkim kobietę, czyli człowieka nie tyle wrażliwego co niezrównoważonego i rozhisteryzowanego.

       

       Aby obejrzeć materiał kliknij tutaj.

       

      „Działa na emocjach”, „lekko histeryzująca”, a nawet „bardzo niezrównoważona w swoich reakcjach”. Tak panowie politycy z Prawa i Sprawiedliwości odpowiadają na pytanie „Jakim premierem będzie Ewa Kopacz?”. Co więcej, twierdzą oni, że wyrażając swoją opinię na temat charakteru przyszłej pani premier ucieleśniają równouprawnienie płci: „Jeżeli ktoś uważa, że tylko i wyłącznie dlatego, że jakiś polityk jest kobietą lub mężczyzną nie można oceniać jego cech charakteru, to to jest seksizm!”, punktuje feministki Zbigniew Girzyński. To po prostu zwykły przypadek, że PiS nigdy nie oceniał poziomu emocjonalności premierów płci brzydszej (ale rozsądniejszej!), chociażby Donalda Tuska albo Jarosława Kaczyńskiego.

      Nie, to nie jest zwykły przypadek! To seksizm! Ale też zwykły, zwyczajny, taki codzienny, już ledwo zauważalny. Banalny seksizm. Dla niektórych to wręcz oczywiste, że premierem, jak wskazuje na to rodzaj męski tego rzeczownika, powinien być mężczyzna. I to nie byle jaki mężczyzna! Żadna tam ciotka przegięta tylko mężczyzna tryskający męskością: żonaty, dzieciaty i zdecydowany, twardo stąpający po ziemi i szybko podejmujący trudne decyzje. Wymiatacz, jak zauważa poseł PiS, Ryszard Czarnecki: „Po prostu w polityce są potrzebni wymiatacze, czyli po prostu kobieta będzie musiała mieć męskiego wymiatacza”. Po prostu, nie? Kopacz nie może sama wymiatać. Kopacz może co najwyżej kopać. Ze złości, gdy jej coś nie wyjdzie. Rozryczana i sfrustrowana polityczka histeryczka. 

      To przecież nie przypadek, że przez długi okres w historii psychiatrii histeria była postrzegana wyłącznie jako choroba kobieca, rezultat nieprawidłowego funkcjonowania macicy. Rolą panów psychiatrów, naturalnie rozsądnych i racjonalnych, była diagnoza histeryczek i wspólne omawianie najciekawszych przypadków. Nie tak odległa od roli panów posłów diagnozujących poziom nadwrażliwości Ewy Kopacz.

       

      Andre Brouillet (1887) A Clinical Lecture at the Salpetriere. Źródło: Wikipedia


      Na zakończenie dodam, że nie wszyscy panowie z PiSu widzą w przyszłej pani premier syndrom nadkobiecości. Andrzej Jaworski postrzega Ewę Kopacz raczej jako babo-chłopa: „złośliwa, zadufana, butna, arogancka, czyli wszystkie te cechy, których u kobiet raczej nie oczekujemy”. Te cechy, których raczej oczekujemy u mężczyzn: złośliwi, zadufani, butni i aroganccy wymiatacze wydają się być idealnymi kandydatami PiSu na polskiego premiera. I niby ta chłopczycowatość Kopacz powinna jej tylko pomóc w karierze politycznej, tak jak pomogła Angeli Merkel czy Margaret Thatcher, ale z drugiej strony tu nie Niemcy i nie Wielka Brytania. Tu jest Polska, a Polkom zwyczajnie nie wypada.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Polityczki histeryczki”
      Tagi:
      Autor(ka):
      l.szulc
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 15 września 2014 20:15
  • piątek, 08 sierpnia 2014
    • haPPy CRAppY PaRADe

       

      Już jutro (10.08) ulicami Antwerpii przejdzie parada osób LGBTIQ(friendly). Antwerp Pride to tydzień imprez, spotkań i koncertów (łącznie z koncertem Conchity Wurst!). W tym roku dodatkowo zorganizowano Antwerp Queer Arts Festival (AQAF), w ramach którego odbywają się pokazy branżowych filmów, spotkania z LGBTIQ pisarzami, a nawet wieczorki kłirowania muzyki klasycznej! 

       

      Happy Crappy Parade również odbyła się w ramach AQAF, choć zorganizowana została przez ludzi ze StrangeLove Festival. Happy Crappy Parade to taka anty-parada: zorganizowana bez wsparcia finansowego i bez sponsorów. Tłumów nie przyciągnęła. Łącznie nie było nas nawet dwudziestu. Za to każdy HAPPY i CRAPPY. Każdy w ulubionym stroju swojej wewnętrznej kłirowej persony! W szpilkach, legginsach, perukach, maskach a nawet w koronie cierniowej! Byle by było z fantazją, z szaleństwem i z hukiem! A w żadnym wypadku normalnie!


      Bo my nie musimy się podobać i do nikogo nie musimy się dostosowywać!


      We can just keep shining!


       

       

       

       

       

       

       

       


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      l.szulc
      Czas publikacji:
      piątek, 08 sierpnia 2014 19:04
  • środa, 25 czerwca 2014
    • I w Hiszpanii też polski gej ślubu nie weźmie!

      Jose! Czemuż ty jesteś Jose!

       

      Tomek Szypuła chciał wziąć ślub ze swoim ówczesnym chłopakiem Hiszpanem, w kraju jego urodzenia, gdzie małżeństwa jednopłciowe zalegalizowane zostały już w 2005 roku. W tym celu wystąpił do polskiego Urzędu Stanu Cywilnego o zaświadczenie potwierdzające, że jest stanu wolnego. Urzędnicy odmówili wydania takiego zaświadczenia, gdyż zgodnie z kodeksem rodzinnym i opiekuńczym małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny”. Sąd uznał, że urzędnicy mieli racje, a Sąd Najwyższy, że sprawą formalnie zająć się nie może.

       

       

      Źródło: Wiki Commons

       

      SKANDAL


      W normalnej Polsce sytuacja ta wyglądałaby następująco: Tomek jest stanu wolnego. Od swojego państwa potrzebuje potwierdzenia tego faktu. Tomek zwraca się z prośbą do Urzędu Stanu Cywilnego o wydanie takiego potwierdzenia. Urząd sprawdza czy Tomek rzeczywiście jest stanu wolnego i jeśli tak, wydaje odpowiednie potwierdzenie.


      Niestety, naszemu pokoleniu przyszło żyć w Polsce nienormalnej, w której Urząd Stanu Cywilnego jest wścibski i zabawia się w sąd. Tomek musi uzasadnić, po co mu potwierdzenie jego stanu cywilnego, a jeśli po to, żeby się hajtnąć, to koniecznie musi urzędnikom powiedzieć z kim. Dokładniej, Tomek musi podać imię, nazwisko i obywatelstwo osoby, z którą zamierza się hajtnąć. Tomek wpisał imię Jose, a czujne urzędnicze nosy od razu wywąchały, że Jose to mężczyzna. Potem urzędnicze móżdżki przeprowadziły sobie sąd nad związkiem Tomka z Jose i zgodnie z polskim prawem orzekły, że nasz kraj na mężczyznę do kwadratu się nie zgadza. Rezultat? Figa z makiem z pasternakiem, Tomciu, a nie jakieś tam zaświadczenia potwierdzenia! Wprawdzie Tomek nie pytał się urzędników czy ma prawo do zawarcia związku małżeńskiego, z kim, gdzie i jak, ale nie musiał. Urzędnicy sami sobie zadali te pytania i sami sobie na nie udzielili odpowiedzi. Urzędnicy rulezzzzz!


      Skandal? Tak, skandal, że obywatel naszego kraju nie może otrzymać dokumentu potwierdzającego jego faktyczny stan cywilny!


      ABSURD


      Teraz o absurdalności całej tej sytuacji. Bo to absurd nad absurdy, że urzędnicy podejmują decyzję o odmowie wydania zaświadczenia o stanie cywilny na podstawie imienia przyszłego współmałżonka! We wniosku o zaświadczenie stanu cywilnego nie trzeba podawać płci osoby, z którą zamierzamy się hajtnąć. To z imienia urzędnicy wywąchali jednopłciowość zamiarów Tomka i jego partnera. Tak się złożyło, że tym razem imię to było Jose. A co, gdyby złożyło się inaczej? Na przykład gdyby partner Tomka miał na imię Yao? Co wtedy zrobiliby nasi nadgorliwi urzędnicy? Wpisaliby sobie Yao w Google i wybrali opcję Wyszukaj Obrazy? Albo gdyby partner Tomka nosił tureckie imię Deniz, które wprawdzie częściej nadawane jest dziewczynkom, ale zdarza się również, że i chłopcom! Co wtedy wywąchałyby urzędnicze nosy? Być może nic by nie wywąchały i zaświadczenie zostałoby wydane bez problemów. Pech chciał, że Jose to Jose. Jose! Czemuż ty jesteś Jose!


      Na koniec dodam tylko, że wywąchiwanie płci z imion nie stanowi szalonego hobby wszystkich urzędników. W 2011 roku wystąpiliśmy z moim partnerem (też Łukaszem!) o zaświadczenia potwierdzające nasz stan cywilny w celu zawarcia związku partnerskiego w Belgii. Nikt nam wtedy nie robił żadnych problemów: zaświadczenia otrzymaliśmy i związek zawarliśmy. Wniosek? Wielka Polska Urzędnicza to totolotek! Łukaszom gratulujemy wygranej, a Tomkowi i Jose życzymy powodzenia w następnym losowaniu! Tym razem na zasadach z Strasbourga!

  • środa, 18 czerwca 2014
    • Po co Rose podpala swojego penisa?

      czyli kulisy transagresywnego performensu w wykonaniu Miss Rose Wood

       

      W najbliższą niedziele (22.06) odbędzie się premiera mojego krótkometrażowego dokumentu eksperymentalnego Rose, Wood, Cut!. Film pokazany zostanie w Warszawie w www.panstwomiasto.pl o godz. 13:00 w ramach Inicjatywy Pomada (panel Ciało). Na projekcję serdecznie zapraszam, a na blogu ujawniam kulisy mojego spotkania z Rose Wood.



       

      Rose pierwszy raz zobaczyłem w kinie, w filmie dokumentalnym What’s in a name? Ujęła mnie od pierwszego wejrzenia. Kontrowersyjna_y, szokująca_y, ekstremalna_y a zarazem ciepła_y i serdeczna_y.


      a_y? Rose jest gender terroryst(k)ą. Artyst(k)ą trans-agresywną. Robi kilkuminutowe performensy. Zazwyczaj wywołuje szok swoim ekstremalnym ciałem i tym, co z nim wyrabia. Na scenie Rose masturbuje się aż do krwi, wkłada w siebie natarte kokainą dildo albo obrzuca widownię kałem. Bywa również, że rzyga. Raz zarzygał(a) nawet Susan Sarandon! Aktorka ponoć była zachwycona.

       
      Rose poznałem osobiście zimą zeszłego roku. Przed wyjazdem do Nowego Jorku wysłałem maila, w którym wyjaśniłem, że jestem oddanym fanem, że bardzo chciałbym zobaczyć performans, i że wszystko opiszę na blogu, bo jestę polskim blogerem kłirowym. Po kilku dniach otrzymałem odpowiedź, że oczywiście! Wstęp jest już załatwiony. Miejsce przy samej scenie i wejściówka za kulisy też.


      Gdy kilka tygodni później czekałem na Rose przed wejściem do jednego z klubów na Manhattanie, zestresowałem się. W końcu Rose to szok, kłir i genderfuck, a ja to taki przeciętny, czasami wkurwiony, pedałek z kraju nieistniejącego już Drugiego Świata. Zestresowałem się niepotrzebnie, bo Rose okazał(a) się być bardzo życzliwa_y, a nawet trochę nieśmiała_y. Po krótkiej kurtuazyjnej wymianie zdań przedstawił(a) mnie wszystkim możliwym ochroniarzom jako jej specjalnego gościa.


      Klub, w którym występuje Rose to miejsce niewielkie, ale ładne. Idealne na teatr burleskę. Choć klienteli spodziewałem się zupełnie innej. Looka zrobiłem pod artystów, hipsterów i wszelkiej maści kłirów, a zastałem ekskluzywny klub pełny dorosłych dzieci bogatych rodziców. Dominowali młodzi przedsiębiorcy w koszulach i krawatach, którym towarzyszyły grupki odpindrzonych panienek i za duże butelki szampanów. Rose wyjaśniła mi jednak, że klientela zmienia się w zależności od dnia tygodnia, i że po prostu trafiłem trochę niefortunnie. Ale dodał(a) również, że przed taką publicznością też lubi występować: Podoba mi się ta sprzeczność, gdy bogaci ludzie płacą mnóstwo pieniędzy, żeby zobaczyć kłira, który rzuca w nich kupą”.


      Gdy Rose rzucał(a) w publiczność kupą, ludzie wzdrygali się z obrzydzenia i próbowali uniknąć zetknięcia z latającymi odchodami. Pamiętam, że ktoś krzyknął Obrzydliwe! Uwielbiam to! Choć tak naprawdę nikt nie wiedział czy kupa to naprawdę kupa. Dziewczyna, która siedziała obok mnie nie wytrzymała napięcia i najpierw powąchała a następnie wzięła w ręce to, czym rzucał(a) Rose. Potem zaczęła mnie szarpać i krzyczeć do mnie, że To nie kupa, dotknij, to czekolada!

      
      W następnym performensie Rose wcielił(a) się w disco divę, która właśnie wróciła z imprezy do domu i potrzebuje się zmasturbować przed pójściem spać. Niestety nic nie działa. Zdesperowana kobieta próbuje wszystkiego: używa różnej wielkości dildo, naciera je kokainą, a w końcu owija swojego penisa w serwetki i podpala go... Rose tak opowiada o tej scenie:

        
      To jest obraz za obrazem, seria obrazów, których później nie da się tak po prostu wyrzucić z pamięci. Na przykład kiedy wspinam się na oparcie fotela, żeby włożyć w siebie dildo… wiesz, choćby sama pozycja mojego ciała to obraz, którego nigdy w życiu nie widziałeś. I wtedy nagle obracam się i widzisz zakrwawionego penisa, a zaraz potem penisa w ogniu. Wszystko dzieje się bardzo szybko, a każdy obraz, który dostajesz jest naprawdę mocny. Chodzi mi o to, żeby uzyskać efekt przytłoczenia. Po to właśnie przychodzą tutaj ludzie: żeby doświadczyć czegoś, czego nie mogą doświadczyć przed telewizorem.

       


      Po obejrzeniu mojego filmu Rose napisał(a) do mnie maila: Podoba mi się sposób w jaki zagrałeś z oczekiwaniami i uprzedzeniami widzów w pierwszej części filmu, a w drugiej wciągnąłeś ich w głębszą historię. Film mógłby być zmontowany trochę bardziej płynnie, ale w sumie nie ma to większego znaczenia. Dodał(a) jeszcze, że od czasu naszego ostatniego spotkania, zrobił(a) sobie operację twarzy: To znacznie poszerzyło możliwości mojego performansu! Pracuję właśnie nad nowym przedstawieniem dla postaci bezdomnego, którego widziałeś jak rzucał kupą w Nowym Jorku. Tym razem będzie o internetowych randkach i anonimowym seksie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Po co Rose podpala swojego penisa?”
      Tagi:
      Autor(ka):
      l.szulc
      Czas publikacji:
      środa, 18 czerwca 2014 21:48
  • czwartek, 08 maja 2014
    • „My, Słowianie”: Porno z wycinanką czy feministyczna ironia?

       

      Na YouTjubie, a nawet na oficjalnej stronie internetowej Eurowizji, wybuchła burza wokół naszego tegorocznego kandydata w konkursie na najlepszą eurosong.


      Jedni piszą, że „My, Słowianie” jest super, bo ukazuje prawdziwe piękno polskich, o pardon słowiańskich, kobiet. Inni, że nie jest super, bo jest seksistowska: uprzedmiotowia kobiety jako takie, a Polko-Słowianki szczególnie, bo przedstawia je jako striptizerki a nawet dziwki (to skojarzenia niektórych komentatorów i komentatorek z YouTjuba). Jeszcze inni piszą, że Ci ostatni to w ogóle nie zrozumieli piosenki, bo to przecież jest żart, taka ironia na stereotypy o Europie Wschodniej. Zresztą sam Donatan mówi we wstępie do polskiej wersji piosenki, że:

      Jeżeli masz problemy z poczuciem humoru i dystansem do świata lub cierpisz na nadciśnienie i uwiąd starczy nie oglądaj tego teledysku. W każdym innym wypadku przed włączeniem klipu zapoznaj się z pojęciem słowa ironia i skontaktuj się z lekarzem lub farmaceutą, gdyż teledysk niewłaściwie zrozumiany może zagrażać Twojemu życiu i zdrowiu.  

       

      Osobiście taki wstęp mnie nie rusza, bo już nie raz słyszałem, jak ktoś mówił, że nie jest rasistą, ale wszyscy Murzyni śmierdzą. Choć taki wstęp sugeruje, że przynajmniej przeszło to przez myśl twórcom piosenki, że utwór może być odebrany jako seksistowski. A to już wiele, bo większość seksistowskich wykonawców w życiu nie słyszało słowa seksizm, a i sama idea jest im prawdopodobnie obca.

       

      Agnieszka Graff też wyraziła swoją opinię o piosence w felietonie dla Wysokich Obcasów. Na utworze nie zostawia suchej nitki. I mimo że Graff zwykle czytam z zachytwem, tym razem się z nią nie zgadzam. W ogóle to cały tekst wyszedł Graff taki jakiś pokraczny. Słaby jest już sam początek, w którym autorka informuje czytelników, że klip zobaczyła dopiero gdy już był polskim kandydatem do Eurowizji:

      Głupio mi, że jestem tak skandalicznie zapóźniona. Cóż, śledziłam ukraińską rewolucję, dziecko miało katar, w pracy pożar, w domu zepsuty kran. Ale co tam, nie będę się tłumaczyć.

      To tak trochę jak z tym „nie jestem rasistą, ale wszyscy Murzyni śmierdzą”: „nie będę się tłumaczyć, ale właśnie się wytłumaczyłam”. I to jak się wytłumaczyłam! Że Ukraina! A nie duperele i gołe cycki na YouTjubie! Teraz nam wszystkim, którzy klip obejrzeli wcześniej niż Graff, powinno być trochę głupio, że trochę mniej intelektualni jesteśmy. Jak gdyby zainteresowanie światową polityką wykluczało obejrzenie czterominutowego klipu...


      Ale do rzeczy: Graff pisze, że „dwaj obecni w teledysku panowie (Donatan i starzec, który uosabia ludową tradycję) patrzą z zachwytem i pożądaniem” na kobiece ciała, i że „ironiczny dystans w teledysku dotyczy wielu rzeczy, głównie tożsamości narodowej i regionalnej, słowiańskich kompleksów i zachodnich uprzedzeń, a także wtórności polskiego hip-hopu, ale nie kwestii płci”. Wniosek? Piosenka to „Porno z wycinanką, pasiakiem i kurną chatą”, czyli takie nasze swojskie porno, które wspiera stereotyp, że „najbardziej gospodarne i potulne żony przywozi się z Polski i Ukrainy”.


      Trzeba nie lada wyobraźni, żeby w teledysku dostrzec w oczach Donatana zachwyt i pożądanie wobec kobiecych ciał. Można by mu zarzucić, że robi się na lovelasa, bo mu wyskakują dwie laski z łóżka, albo że się stawia w pozycji dominującej, bo odgrywa  jurora słowiańskich genów, razem z dziadkiem i babcią zresztą. Ale nie to, że się rzuca wzrokiem na słowiańskie damskie kształty! Bardziej niż psa na baby, Donatan przypomina w teledysku zombi, bo jego mina i oczy wyrażają dosłownie nic.


      Ciekawe również, że Graff dostrzega w piosence ironię na wszystko, tylko nie na płeć. Przyznaje, że Donatan i Cleo z dystansem podchodzą do (między innymi) tożsamości narodowej i regionalnej, ale nie do płci. Ale Graff sama przecież pisze, że jeden ze stereotypów naszej tożsamości narodowo-regionalnej dotyczy właśnie słowiańskiej kobiecości: „najbardziej gospodarne i potulne żony przywozi się z Polski i Ukrainy”. Zgadzam się, że to właśnie obraz Polek jako „pięknych” i „potulnych” żon, kobiet nietkniętych „skazą” feminizmu, jest ważnym elementem stereotypu o Europie Wschodniej, ale właśnie dlatego Donatan i Cleo, nabijając się ze stereotypów narodowo-regionalnych, nabijają się również ze stereotypów kobiecości typu Polka-Słowianka.


      W tekście do polskiej wersji piosenki, Donatan i Cleo ewidentnie podkreślają absurdalność stereotypów o Europie Wschodniej, również tych dotyczących kobiecości, na przykład w takich wersach jak:

       

      Wódeczka lepsza niż whisky i giny.

      Najlepsze u nas, cokolwiek byś chciał.

       
      To, co nasze jest najlepsze jest, bo nasze jest!

       
      A nasze Panie nie mają kompleksów,

      Bo nie mają powodów ich mieć.

      A w teledysku nie ma podtekstów,

      Jak nie wierzysz, to pojedź na wieś!


      Sam teledysk też 
      nie przedstawia bynajmniej potulnych polskich żon. Ja w teledysku widzę kobiety silne, świadome seksizmu i pogrywające z nim. Forma, którą Donatan i Cleo wybrali, to znaczy wyśmiewanie przez wyolbrzymianie, jest rzeczywiście trochę niebezpieczna, o czym świadczy wiele komentarzy na YouTjubie typu „ten teledysk jest super, bo ukazuje prawdziwe piękno polskich kobiet”. Ale twórcy piosenek nigdy nie mają pełnej władzy nad tym, jak piosenka zostanie zinterpretowana. To dlatego, że znaczenie jakiegokolwiek produktu kultury w największej mierze zależy od nas, ODBIORCÓW, i od KONKTEKSTU, w którym ten produkt odbieramy.


      To co Donatanowi i Cleo na pewno już udało się osiągnąć, to dyskusja na ten temat. Gorące wymiany zdań na YouTjubie i innych portalach społecznościowych nie przekonają wszystkich do feminizmu, ale przynajmniej na wszystkich wymuszą pytanie: O co comon z tym seksizmem?

       

      P.S. Wersja angielskojęzyczna jest niestety mniej aluzyjna...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „„My, Słowianie”: Porno z wycinanką czy feministyczna ironia?”
      Tagi:
      Autor(ka):
      l.szulc
      Czas publikacji:
      czwartek, 08 maja 2014 09:54